• Zarząd Stowarzyszenia

  • Uroczystości Jubileuszowe

  • Sztandar Stowarzyszenia

  • Bal Absolwentów

  • Gdzieś w Polsce...

Zbigniew Olejniczak Absolwent 1961 r. Wydział Przędzalniczy

olejniczakSzkoła była moim drugim domem - nie w przenośni - spędzałem w niej wiele godzin. Lekcje kończy się około 14.00 , A ja z kolegami rozpoczynałem niekończące się turnieje ping-ponga na korytarzu pod salą gimnastyczną sali obok odbywały się próby „trąb"( jak nazywaliśmy zespół muzyczny działający w naszej szkole) , a więc przeszkadzaliśmy sobie troszkę. Toczyliśmy nierozegrane nigdy boje w trójkę: ja, Szlukier Wiesiek( pseudonim „Wichoś"- od nazwiska koszykarz z Pabianic - Wiechowskiego, na którego się ciągle powoływał) i Suski Piotr (znany później piłkarz). Rywalizacja nigdy nie zakończyła się ogłoszeniem zwycięzcy, bo „Wichoś" zawsze wy-grywał ze mną, ja z Piotrkiem, a Piotrek z „Wichosiem". Mogliśmy tak grać i do 19.00, Nikt nam nie bronił , nie przepędzał, bo trzeba zamknąć szkołę.

 

Jeżeli chcieliśmy zagrać w kosza, to mogliśmy wziąć klucze do sali gimnastycznej i grać ile dusz zapragnie. Od czasu do czasu zajrzał pan woźny (Jan Wielęborek lub Józef Baranowski), posiedział i popatrzył na naszą grę. Nigdy nie zdarzył się jakikolwiek wypadek.

Najbarwniejsze moje wspomnienia związane są z obozami letnimi. Szkoła posiadała 14 kajaków w tym 2 zbudowane przez uczniów na warsztatach szkolnych. Po drugim obozie na którym pływaliśmy Wartą (z Sieradza do Kruszwicy) kajaki zostały przewiezione pociągiem na Mazury i popłynęły nimi dziewczęta. Obozy kajakowe za moich szkolnych czasów nie były koedukacyjne. Oba obozy prowadzili profesorowie: Henryk Czołnik, Józef Kubiak, Józef Przedecki i Stefan Młotkowski. Każdy kajak wyposażony był przez szkołę w 2- osobowy namiot, dmuchane materace i skafandry przeciwdeszczowe. Obozy były 2 tygodniowe i zwykle płynęliśmy do południa. Ja w pierwszym dniu przeżyłem chrzest bojowy spychając kajak z mielizny 60 razy. Po południu gotowaliśmy obiad w dwu wielkich garnkach .najczęściej w kuchniach szkolnych, które spotykaliśmy na trasie. Raz gdy nocowaliśmy na wyspie gotowaliśmy obiad na ognisku. Ja na obozach podpisywałem rachunki, że produkty zostały zakupione i zjedzone. Rachunki wypisywał pan prof. H. Czołnik, bo przecież na targu czy u chłopa nie było rachunków.

Pamiętnym obozem był obóz wędrowny po Kaszubach. Rozpoczął się w Bydgoszczy skąd wąskotorówką dojechaliśmy do końcowej stacji i dalej wędrowaliśmy przez Bory Tucholskie. Prowadzili ten obóz pan prof. H. Czołnik i pan prof. Zenon Grodziński , który posiadał doskonałe, poniemieckie mapy, na których zaznaczone były nawet samotne drzewa. Spaliśmy w stodołach wyznaczonych przez sołtysa. Mijaliśmy masę jezior z bardzo czystą wodą. Często w naszym menu pojawiały się grzyby, których było tam pod dostatkiem.

Zapamiętałem na długo incydent, który popsuł mi ferie świąteczne. Był dzień przed wigilią, nie odrobiłem lekcji i tłumaczyłem się prof. H. Czołnikowi:
- Zapomniałem książki i zeszytu
- Tak - odpowiedział pan profesor. Ponieważ już raz taki numer zrobiłeś , to napiszesz mi przez święta pracę – będziesz miał zajęcie. Mimo, że upłynęło tyle lat pamiętam to zdanie do dzisiaj: „Wychodząc rano z domu do szkoły będę pamiętał o zabraniu wszystkich książek i zeszytów potrzebnych w danym dniu do zajęć szkolnych".

Zdanie miało być napisane 100 razy, pismem technicznym, tuszem na brystolu A4. Ustaliłem, że będę pisał po 30 zdań dziennie , żeby zostało mi trochę czasu wolnego w czasie ferii. Tak by można zrobić gdyby zdanie było krótkie, ale moje mieściło się na 3 i pół linijce. Kląłem jak szewc, ale pisałem. Pod koniec byłem tak zmęczony, że zaryzykowałem i oszukałem profesora o 5 zdań. On tymczasem tylko przejrzał, nie liczył i przeszedł do następnej sprawy jak gdyby nic.

A teraz kilka zdań o postaciach , które szczególnie zapamiętałem. Profesor Henryk Czołnik - już pisałem o nim, napisał mi na zaproszeniu „przyjaźń jest tym uczuciem, które należy starannie pielęgnować". Dewiza ta sprawdziła się w moim życiu. Należy pielęgnować przyjaźń bo w przeciwnym przypadku ludzie odchodzą i zapominają. Dyrektor Kazimierz Jarzębiński był wspaniałym człowiekiem z wielkim poczuciem humoru. Gdy zabrzmiał dzwonek do klasy na początku „wchodził" dziennik, potem brzuch a na końcu dyrektor. Nie uczył mnie żadnego przedmiotu, ale bardzo często przychodził na zastępstwo.

I jeszcze dwie indywidualności szkoły - woźni: Pan Jan Wielęborek i Pan Józef Baranowski. Wchodząc do szkoły od progu wołaliśmy: „Cześć Panie Wielęborek", a w odpowiedzi słyszeliśmy: „Ach ty chuliganie". Żaden uczeń mu nie podskoczył. Pozostał w mojej pamięci z wielkim dzwonkiem w ręku. Pan Józef Baranowski ganiał nas za nieposiadanie tarczy lub pantofli.

Nie było cudów, żeby komuś odpuścił. Ja miałem u niego chody i dlatego często udawało mi się nie mieć pantofli lub tarczy. Dlaczego dostąpiłem takiego przywileju? Na obozie na Kaszubach był z nami jego syn. Nie był uczniem naszej szkoły, uczył się w technikum fotograficznym. Zaprzyjaźniłem się z nim, a on opowiedział o mnie w domu i w ten sposób zyskałem sympatię ojca.

Obraz namalował prof. Henryk Czołnik i ofiarował swojemu absolwentowi Zbigniewowi Olejniczakowi na nowe mieszkanie.

Logowanie

Kalendarz

May 2018
S M T W T F S
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31